Uchodźcy – wyzwanie XXI wieku? 20 lutego 2015 roku

W maju 2014 roku odbyło się w Oświęcimiu, mieście szczególnym dla Polski i świata, I Oświęcimskie Forum Praw Człowieka. Jego organizatorem było Miasto Oświęcim w partnerstwie z: Centrum Dialogu i Modlitwy w Oświęcimiu, Centrum Żydowskim w Oświęcimiu, Centrum Dokumentacji Zsyłek, Wypędzeń i Przesiedleń UP w Krakowie, Fundacją na Rzecz MDSM w Oświęcimiu, Fundacją Współpracy Polsko-Ukraińskiej (PAUCI), Fundacja Peace Festival, Instytutem Historii UP im. KEN w Krakowie, Biblioteka Galeria Książki w Oświęcimiu, Muzułmańskim Związkiem Religijnym w RP, Państwowym Muzeum Auschwitz-Birkenau, Stowarzyszeniem Romów w Polsce, Państwową Wyższą Szkołą Zawodową im. Rtm. Witolda Pileckiego w Oświęcimiu. W trzydniowej debacie pod hasłem: „Europa wobec wyzwań XXI wieku. Deportacje, wysiedlenia i przymusowe migracje jako nieodłączny element konfliktów zbrojnych i wojen współczesnego świata” głos zabrali naukowcy, dziennikarze i przedstawiciele organizacji pozarządowych z Polski, Niemiec, Rosji, Ukrainy, Litwy i Szwecji. Byli wśród nich m.in. Manfred Deselaers – niemiecki ksiądz katolicki, Aleksander Gurjanow – rosyjski fizyk i historyk, Piotr Kępiński – poeta i dziennikarz z Wilna, Taras Woźniak – ukraiński ekspert od spraw politycznych i kulturalnych, Maciej Zaremba-Bielawski – historyk i dziennikarz ze Szwecji. Muzułmański Związek Religijny reprezentował Musa Czachorowski.

Oświęcimskie forum podjęło temat niezwykle istotny, w konsekwencji mający ogromny wpływ na strukturę świata, jaki znamy. Polska doświadczyła masowych deportacji, przymusowych wysiedleń i migracji w wieku XX; obecnie zwiększa się systematycznie liczba cudzoziemców, którzy ubiegają się o nadanie im statusu uchodźców i pobyt w naszym kraju. Czy jako państwo jesteśmy do tego przygotowani? Mocno wątpliwe, zważywszy na losy tych wszystkich uciekinierów przed prześladowaniami i wojnami przebywających w ośrodkach dla uchodźców. Gdy Rosja zaanektowała Krym, nasze władze deklarowały gotowość przyjęcia nawet kilkunastu tysięcy osób. Przybyło ich jednak zaledwie kilkudziesięciu, a nawet im zaczęto odmawiać prawa do pobytu. Liczba konfliktów wszelako nie maleje: jak stwierdziła w noworocznym orędziu kanclerz Niemiec Angela Merkel, skutkiem licznych wojen i kryzysów na świecie jest fala uchodźców na skalę niespotykaną od końca II wojny światowej. Czy zdołamy sobie z tym wszystkim poradzić?

Problem nie polega tylko na zapewnieniu uchodźcom dachu nad głową i trzech (dwóch?) skromnych posiłków dziennie. Chodzi przecież o umożliwienie im kultywowania własnych tradycji, często odmiennych od powszechnie spotykanych, a przez to niezrozumiałych, nieakceptowanych, oraz wyznania. To także konieczność wdrażania odpowiednich programów szkolnych dla dzieci i dorosłych oraz zabezpieczenie miejsc pracy. Tych ludzi nie można pozostawić samych sobie, aby nie stali się ciężarem dla społeczeństwa, które ich przyjęło. Należy stworzyć dla nich warunki do zadomowienia się – i traktować zgodnie z obowiązującym prawem, z poszanowaniem obustronnych wartości bez ogłupiającej wielokroć poprawności politycznej. Ale i oni sami muszą pragnąć stać się częścią społeczeństwa, które ich przygarnęło. Jeżeli jednak nie przywiązujemy wagi do własnej kultury, historii i religii, lekceważymy obowiązujące prawo i pozwalamy na to innym, to czego możemy się w zamian spodziewać?

Oświęcimskie forum było przedsięwzięciem ważnym, chociaż wydaje się, że nie wywołało szerszego zainteresowania. Możliwe, że Polska wciąż należy do grona tych szczęśliwych krajów, które nie mają jeszcze problemów z uchodźcami. Czy tak jest naprawdę? Chyba nie – chociaż w porównaniu z państwami zachodniej Europy są one wciąż niewielkie, bo i uchodźców nie ma u nas zbyt wielu. Kilka lat temu Marta Zdzieborska napisała na Refugee.pl (Gazeta Uchodźców, 11.06.2011 r.) m.in. (…) Niedogodne położenie ośrodków [dla uchodźców] wiąże się z takimi wyzwaniami jak utrudniony dostęp do przychodni zdrowia, szkół, czy organizacji pozarządowych i instytucji pomocowych. Szczególnie dużym problemem są małe szanse na znalezienie zatrudnienia na lokalnym rynku pracy (uchodźcy nabywają prawo do pracy po pół roku od złożenia wniosku). Ciężko mają też dzieci uchodźców, które trafiając do szkół w małych miejscowościach, często nie otrzymują ze strony nauczycieli wsparcia na odpowiednim poziomie.

Informacje o niedoskonałościach systemu przyjmowania uchodźców i nieumiejętności stworzenia skutecznego programu ich adaptacji w polskiej rzeczywistości, ale również o rosnącej niechęci części Polaków do ludzi szukających u nas schronienia, z których wielu czuje narastającą alienację – znaleźć można bez trudu na rozlicznych stronach internetowych portali. Polska, podobnie jak cała Europa, stoi przez wyzwaniem na skalę XXI wieku: nauczyć się żyć z innymi, wśród innych tak, aby zachowując poczucie odmienności każdy miał jednocześnie świadomość jedności. Tu odwołuję się do I Oświęcimskiego Forum Praw Człowieka, które z jednej strony przedstawiało deportacje, wysiedlenia i przymusowe emigracje w różnych okresach, analizując je m.in. pod kątem zagrożeń dla europejskiego i światowego bezpieczeństwa, z drugiej zaś miało poruszyć naszą uśpioną świadomość, bowiem powyższe problemy w każdej właściwie chwili mogą ponownie nam zagrozić.

Pokłosiem forum jest książka pt. „Europa wobec wyzwań XXI wieku. Deportacje, wysiedlenia i przymusowe migracje jako nieodłączny element konfliktów zbrojnych i wojen współczesnego świata” pod redakcją naukową dr Alicji Bartuś. Znajdują się w niej artykuły i eseje uczestników oświęcimskiego spotkania zgrupowane w trzech rozdziałach: Deportacje, wysiedlenia i wypędzenia jako narzędzie polityki, Naród a obcy oraz Europa chrześcijańska, muzułmańska czy świecka? W epilogu zamieszczono natomiast obszerne fragmenty odbytej wówczas debaty pod tytułem Polska dla Polaków? Całej książki przytoczyć nie sposób, ale tekst Musy Czachorowskiego (str. 87-92) – tak. Oto on:

Musa Czachorowski

Dlaczego boimy się muzułmanów?

Tytułowe pytanie pozornie jest bardzo proste; wystarczy nieco się zastanowić, przypomnieć sobie kilka krzykliwych tytułów prasowych, kilka sensacyjno-histerycznych wiadomości telewizyjnych – i już wiemy. Tak, boimy się muzułmanów, bo ich kobiety nie mają nic do powiedzenia i zasłaniają twarze, natomiast mężczyźni bezustannie się modlą i wykrzykują coś w niezrozumiałym języku, gotowi wysadzić się w powietrze w imię Allaha. I, oczywiście, muzułmanie wcale nie chcą się asymilować, integrować, zmieniać: chcą, pomimo wywieranej na nich presji, pozostać muzułmanami… I jak tu ich pojąć, jak się ich nie bać?

Ale, tak naprawdę, co my w ogóle wiemy o tych muzułmanach, o islamie? I skąd przeciętny mieszkaniec kraju nad Wisłą i Odrą czerpie tę wiedzę? Przecież nie z własnych dogłębnych obserwacji życia społeczności muzułmańskiej, nie z własnego w nim uczestnictwa, co przede wszystkim z mocno negatywnego PR, kształtowanego przez żądne sensacji media: muzułmanie to terroryści, muzułmanie to mordercy, pedofile, prymitywy, dziecioroby, kłamcy i leniwe ćwoki; muzułmanie to, muzułmanie tamto… No i nie chcą się zintegrować… Im więcej krwi i brutalności w informacjach związanych z wyznawcami islamu, tym lepiej. Teraz można się już jednoczyć w słusznej przecież walce o najwyższe europejskie wartości, tak szargane przez tych „brudasów”, „arabusów”, „ciapatych”, „wyznawców księżycowego bożka”.

Boimy się więc muzułmanów, bo są inni od nas. Inaczej się ubierają, inaczej się zachowują, nie jedzą golonek wieprzowych, nie piją wódki, nie zabawiają się ze swoimi dziewczynami w modnych dyskotekach – przywiązują natomiast nadmierną jakoby wagę do spraw religijnych, nie pozostają obojętni na profanację symboli wiary, a wręcz domagają się szacunku dla Boga i Jego Proroka. Na domiar złego, dowiadujemy się, że właśnie jakiś muzułmanin – wołając „Allahu akbar!” – wysadził się w powietrze, inny muzułmanin zabił żonę za wyjście z domu, jeszcze inny ożenił się z dziesięciolatką, zaś jedna z drugą muzułmanka uparcie obwiązuje głowę chustką – mało tego: są i takie, które przywdziewają szaty zasłaniające je z twarzą.

Boimy się tego wszystkiego, bo nie wiemy po co to i dlaczego. Boimy się również dlatego, bo pewne rzeczy wzbudzają w nas dziwny niepokój: jakbyśmy czuli gdzieś wewnątrz, w głębi siebie, że dochodząc do tych wszystkich, w pewnej mierze słusznych i wartościowych norm społecznych, prawideł jakoby etycznych, nakazów politycznej (i wszelkiej innej) poprawności – coś zagubiliśmy, coś niegdyś ważnego jeszcze dla naszych ojców i dziadów, rozmieniliśmy zbiór prostych (zdawałoby się…) wartości na „róbta, co chceta”, na prawo każdego do wszystkiego bez oglądania się na kogokolwiek, na byle co i byle jak. Zamiast kodeksu moralnego opartego na uniwersalnym dla całej ludzkości przesłaniu Słowa Bożego, otrzymaliśmy zmieniające się co rusz normy ustalane między innymi przez działaczy partyjnych, kolejne rządy, nawet gwiazdy kina i muzyki, lub zgoła przez tak zwanych celebrytów.

Wróćmy jednak do muzułmanów, a właściwie do islamu, który bardzo często uważany jest za całkowicie obcy Europie. Tak chętnie przy rozmaitych okazjach odwołujemy się do antycznych oraz judeo-chrześcijańskich fundamentów współczesnej europejskiej cywilizacji. Islam jednak pomija się całkowitym milczeniem, jakby pojawił się dopiero w drugiej połowie XX wieku pod postacią terrorysty przysłoniętego nikabem, z laską dynamitu w jednej ręce i Koranem w drugiej. Tymczasem pierwsze kontakty naszego kontynentu z islamem sięgają właściwie jego początków, to znaczy wieku VIII, a nawet końca siódmego. W roku 711 muzułmanie znaleźli się na Półwyspie Iberyjskim, podbijając go i pozostając tam przez kilka wieków. Około dwóch stuleci panowali między innymi na Krecie, Sycylii oraz Malcie. Pozostały po nich nie tylko nazwy (np. Gibraltar – Dżabal al-Tariq, co oznacza po arabsku Góra Tarika, al-Andalus – arabska nazwa Półwyspu Iberyjskiego, obecna Andaluzja), ale i język maltański, będący jednym z zachodnich dialektów arabskiego. W arabsko-muzułmańskiej Andaluzji kwitło rolnictwo, przemysł, handel, nauka, podobnie jak np. na Sycylii, którą w drugiej połowie XI wieku podbili Normanowie. Władca wyspy, król Roger II, sprowadzał na swój dwór arabskich uczonych i rozpowszechniał ich wiedzę. Tyle, bardzo skrótowo, na Zachodzie.

W tym samym mniej więcej okresie muzułmanie pojawili się również na wschodnich obszarach Europy. Rozpowszechnił się islam nie tylko na dalekich, ciągnących się przez Azję stepach, ale i tych bliższych, nadkaspijskich i nadczarnomorskich. Już w pierwszej połowie VIII wieku muzułmanami została np. część zamieszkujących tam, w Europie przecież, Chazarów i Pieczyngów. Różnorodne kontakty: wojenne, handlowe, niewątpliwie także i koligacje rodzinne, mieli z nimi ówcześni poddani polańskich władców, a sam król Bolesław Chrobry korzystał między innymi z pomocy Pieczyngów podczas walk z Rusią Kijowską. Muzułmańska była Bułgaria Nadwołżańska, wielkie centrum handlowo-kulturalne, w X i XI wieku kontrolująca większość handlu pomiędzy Europą i Azją. W latach 80. X stulecia bułgarscy posłowie zaproponowali wielkiemu księciu kijowskiemu Włodzimierzowi, zwanemu później Wielkim, przyjęcie islamu. Dowiedziawszy się, że muzułmanie nie mogą pić alkoholu, książę odmówił, twierdząc jakoby, że „dla Rusi picie jest weselem”. Bez większej przesady domniemywać można, że gdyby nie ta ruska skłonność, byłaby dzisiaj muzułmańska cała wschodnia i południowa Słowiańszczyzna.

Jeśli porównamy daty pojawienia się w Europie islamu z czasem chrystianizacji wielu tutejszych państw, to zauważymy, że często dokonywała się ona później: w Polsce np. pod koniec X wieku – i to formalnie, bowiem pogaństwo trwało tu jeszcze w XVI wieku (a jak twierdzą niektórzy, ma się dobrze i dzisiaj), w Islandii, Szwecji i Norwegii w pierwszych dziesięcioleciach wieku XI, na Litwie w drugiej połowie wieku XIV. Chrzest Rusi Kijowskiej nastąpił pod koniec wieku X, podobnie jak Węgier. Tak więc bez wątpienia zasadnym jest traktowanie islamu jako istotnej składowej fundamentu współczesnej cywilizacji europejskiej. Jeżeli ktoś wątpi, to znaczy, że nie zna historii i nie ma pojęcia, jak wiele nasz kontynent (w konsekwencji cały świat) zawdzięcza muzułmanom z odległych stuleci. Kto jednak o tym wie, kto pamięta? Może wrocławscy radni, którzy jednej z ulic swego miasta nadali imię Awicenny…

Islam nie jest wcale Słowianom, w tym Polakom, obcy. Od sześciuset z górą lat mieszkają sobie w Rzeczypospolitej muzułmanie, tak bliscy, tak swojscy, że wielokroć nawet się o nich nie pamięta. Przez cały ten czas w tatarskich meczetach odbywają się modlitwy bismillahir rahmanir rahim, w imię Boga Litościwego, Miłosiernego, zaś jednaka dla wszystkich polska ziemia skrywa kolejne pokolenia tutejszych muślimów, śpiących snem wiecznym nie tylko wśród podlaskich pól. Tatarskie i muzułmańskie ślady odnajdziemy w różnych zakątkach naszego kraju. Polscy muzułmanie wciąż mieszkają wśród katolików, prawosławnych i protestantów, sąsiadują z żydami i Karaimami, spotykają się z ludźmi rozmaitych wyznań oraz różnego pochodzenia. Żyją zgodnie, z szacunkiem dla tych, którzy na szacunek zasługują, z poszanowaniem prawa, oczekując poważania również w stosunku do siebie. Nie wzbudzają lęku, nikt się ich nie boi: religia i wychowanie mówią im, że ludzi nie dzieli wiara, a postępowanie.

Wróćmy jednak do tematu: dlaczego boimy się muzułmanów? Czy boimy się wszystkich muzułmanów, czy tylko niektórych, innych zaś wcale nie? I dlaczego tych jednych, a nie drugich? Czego właściwie się boimy: inności, postępowania odmiennego niż nasze, działania, które wynika z niezrozumiałych dla nas powodów? Inne rzeczy przecież nauczyliśmy się już cenić, inne wartości mają dla nas znaczenie. To, czym w codziennym życiu kierowali się jeszcze nasi rodzice lub dziadowie, przestało się już liczyć. Któż to dzisiaj mówi osobie wychodzącej z domu „Idź z Bogiem”, kto wita się słowami „Szczęść Boże”? Tak wiele rzeczy, postaw, zachowań jeszcze całkiem niedawno niedopuszczalnych, nieprzyzwoitych, niehonorowych, stało się obecnie absolutnie normalnymi, modnymi, obowiązującymi. Boimy się muzułmańskiego przywiązania do religii, poszanowania dla wartości, które w Europie od dawna już można spokojnie szargać. Boimy się tego wszystkiego, co wynika z religii, ze zobowiązań moralnych, które mogłyby ograniczyć nasze dolce vita, w którym nie ma Boga, zaś zasady i wzorce postępowania tworzone są doraźnie przez rozmaite koterie.

Boimy się muzułmanów, raczej nie tych w Polsce, nielicznych, nierzucających się w oczy. Jednak trzeba bardzo niewiele, żeby rozległy się głosy straszące nas islamem, wzywające do dania odporu krwiożerczym muzułmanom. Oglądamy w telewizji przerażające sceny z krajów muzułmańskich, mało tego: dowiadujemy się, że w pobliskich, europejskich państwach – Francji, Niemczech, Wielkiej Brytanii, Holandii – muzułmanie nie tylko nie zamierzają zrezygnować ze swoich tradycji i obyczajów, ale zmuszają lokalne władze i społeczności do ustępowania z własnych. Boimy się ich nieprzewidywalnych gwałtownych zachowań, zmuszenia nas do wyrzekania się rozmaitych swobód, wolności, nieskrępowanych możliwości wypowiadania się i działania, nierespektowania żadnych autorytetów ani świętości. Ale czy wszyscy muzułmanie tak postępują, czy może tylko niektórzy? A jeśli nawet niektórzy, to dlaczego? I czy takie postępowanie wynika z nakazów religii, czy stanowi raczej element obyczajowości, tradycji, kultury? I jeszcze jedno, może najważniejsze: czy te niewątpliwie negatywne zachowania wiążą się wyłącznie z muzułmanami? Rzeczywiście my, Europejczycy, wszyscy jesteśmy „cacy”, tylko oni – muzułmanie – są „be”?

Muzułmanie nie są wolni od wad. Podobnie jak inni ludzie, bez względu na pochodzenie i wyznanie. Kiedy jednak konkretny muzułmanin dopuści się przestępstwa, natychmiast winą obarczana jest cała społeczność, zaś każde zło wskazuje się jako nakaz religijny. Podobno muzułmanie z powodów religijnych biją i zabijają żony, religia każe im mordować ludzi innych wyznań, religia wymaga od nich gwałcenia niewiernych kobiet, kamieniowania, obcinania rąk i nóg, wysadzania się w powietrze itd. itd. I przede wszystkim, to z powodu wyznawanej religii absolutnie odmawiają asymilacji. Nie chcą zrezygnować z wiary w Boga, nie chcą chodzić do pubów na piwo, nie chcą jeszcze kilku innych rzeczy, tak wydawałoby się europejskich przecież, wyzwolonych, wspaniałych. Domagają się natomiast szacunku dla religii, dla małżeństwa – rozumianego jako związek mężczyzny z kobietą, dla rodziny – składającej się z matki, ojca i dzieci, nie akceptują wszechobecnej golizny, powszechnie reklamowanego i dostępnego alkoholu, narkotyków, prostytucji. Tak, wiemy o tym dobrze, są też inni muzułmanie. Muzułmanie, którzy rzeczywiście kradną, zabiją, oszukują. Którzy czynią zło, motywując i usprawiedliwiając swoje postępowanie nakazami religijnymi.

Mordują, biją i zabiją żony oraz kochanki, kradną, oszukują wszakże nie tylko muzułmanie. Również Niemcy, Francuzi, Belgowie, Polacy. Do tego jesteśmy jednak jakby przyzwyczajeni. To jakby normalne, porusza nas bardziej dopiero wyjątkowa drastyczność przestępstwa. Nikt też nie twierdzi, że np. mordowanie nowo narodzonych dzieci i trzymanie ich ciał latami w beczkach po kapuście jest narodowym polskim zwyczajem, podobnie jak zawijanie niechcianych noworodków w foliowe worki i wrzucanie do szamba lub kontenerów na śmieci. Żadna gazeta nie informuje, że zgodnie z odwiecznym katolickim zwyczajem kolejna żona pobita została przez pijanego męża. Ogólnopolskie Pogotowie dla Ofiar Przemocy w Rodzinie „Niebieska Linia” nie powstało dla muzułmanek, ale dla tutejszych, polskich i europejskich kobiet oraz dzieci, obojętnie jakiego wyznania. Nikt normalny nie przypisuje wszystkim katolikom (prawosławnym, protestantom, ateistom) odpowiedzialności za najgorszy nawet czyn któregoś z nich. Na ile zatem boimy się tego zła – naszego wprawdzie, swojskiego, ale wcale z tego powodu nie mniej przerażającego? Czy też lęk wzbudzają w nas wyłącznie muzułmanie?

Oczekujemy od muzułmanów asymilacji, wtopienia się w europejskie środowiska, co oznacza zazwyczaj konieczność przyjęcia europejskich norm kulturowych i zwyczajów. I, oczywiście, mocne ograniczenie (najlepiej całkowite wykluczenie) wpływu religii na jakiekolwiek działania społeczne, rodzinne, osobiste. Tu pojawia się kolejny ważny problem: czy wszystkie europejskie zasady, nakazy, normy, obyczaje i tradycje są rzeczywiście najlepsze? Czy tylko bezwzględne podporządkowanie się, rezygnacja z własnej tożsamości religijnej i etnicznej uczyni z muzułmanów dobrych Europejczyków? Bardzo wielu muzułmanów dostrzega i ceni ogromnie cechy, które pozwoliły Europie osiągnąć cywilizacyjny sukces, między innymi pracowitość, punktualność, rozwój nauki, wytrwałość i oszczędność. Uczą się tego i z czasem wrastają z powodzeniem w lokalne społeczności, stając się ich cenionymi członkami. Jednocześnie równie wielu obserwuje z niemałym zdziwieniem negatywne elementy otaczającej ich rzeczywistości: nieskrępowane pijaństwo, łatwo dostępne narkotyki, powszechną nieomal męską i damską prostytucję, obok pięknych słów o równouprawnieniu płci – dyskryminację i brutalność wobec kobiet, nierówność wobec prawa, rozkład rodziny, możliwość opluwania wszystkich i wszystkiego pod pozorem wolności słowa. Znacznej części muzułmanów bardzo trudno zrozumieć oczekiwanie od nich asymilacji ze społeczeństwem lekceważącym własną religię, kulturę i tradycję, własne prawo. I znowu ich się boimy…

Może więc łatwiej będzie ustalić, co robić, aby się nie bać tych muzułmanów? Na początek warto np. zacząć od odbudowywania w sobie i w środowisku szacunku do mocno przykurzonych wartości: wiary, rodziny, uczciwości i odpowiedzialności wobec bliźnich i wszystkiego co nas otacza – nie tylko z nakazu prawa, ale przede wszystkim z wewnętrznego duchowego imperatywu. Okazywać ten szacunek i uczciwość, wymagać od siebie, żeby następnie móc wymagać od innych. Nie tylko czynić dobro, ale sprzeciwiać się złu. Nie dzielić ludzi według wyznania i pochodzenia, lecz wedle ich postępowania. Nie podkreślać tego, co w nas różne, ale szukać i rozwijać to, co mamy wspólne. Zerwać z pokrętną poprawnością polityczną i znowu nazywać rzeczy ich własnymi imionami, zachowując wobec każdej naturalny respekt. Zbrodnię ponownie traktować jak zbrodnię, bez wyszukiwania dla niej groteskowych usprawiedliwień. Uczyć siebie i innych, dawać im to, co mamy najlepszego i brać w zamian jak najwięcej dla wspólnego dobra. Przywrócić znaczenie Przesłania Bożego, które od tysiącleci stanowi jednakie, choć nieraz różnymi słowami dla żydów, chrześcijan i muzułmanów zapisane normy moralne – bowiem tylko wtedy odzyskamy wspólny punkt odniesienia, umożliwiający nam wszystkim wzięcie odpowiedzialności za swoje postępowanie, jego zrozumienie oraz ocenę. I zastanawiając się, dlaczego boimy się muzułmanów, zapytajmy ich przy jakiejś okazji: dlaczego się nas boicie?

* * *

Jestem muzułmaninem. Nie chcę bać się ani muzułmanów, ani katolików. Nie chcę obawiać się też prawosławnych, protestantów, żydów, buddystów, bezwyznaniowców. Lękam się wyłącznie ludzi złych, ludzi prymitywnych, żadnych władzy, ustanawiających zasady etyczne wedle swego widzimisię, poprawności politycznej lub partyjniackiego koniunkturalizmu. Również tych z nadmiarem jednostronnej wiary, ślepych na światło inne, ale wszystko wiedzących i jedynych sprawiedliwych. Nakazujących nam, kogo mamy się bać, a kogo akurat traktować za przyjaciela. Pouczających w co i jak wierzyć. Boję się manipulowania społecznymi nastrojami, sympatiami, gustami, upodobaniami, religią nawet. Jednak pomimo tego wszystkiego, wciąż wierzę w porozumienie, w zgodę, we wspólną, prostą i jasną drogę dla całej ludzkości. Jesteśmy przecież jednością, dziećmi Bożymi – i jeden dla nas świat.

Musa Czachorowski

Europa wobec wyzwań XXI wieku. Deportacje, wysiedlenia i przymusowe migracje jako nieodłączny element konfliktów zbrojnych i wojen współczesnego świata, redakcja naukowa Alicja Bartuś, wydawca Urząd Miasta Oświęcim, 2014, ISBN 978-83-940335-0-7